Wracam do "Budy"...

Uniwersytet Trzeciego Wieku... Cóż to za dziwadło..??

Z jednej strony miła dla ucha nazwa uczelni, a z drugiej .. hmmm !! Czy zewsząd musi mnie bombardować informacja, że nie jestem już zgrabnym, zdrowym i ślicznym dziewczęciem z ukrytą pod ciemnymi , długimi lokami - głową pełną zwariowanych pomysłów ..? Że moje różowe okulary , które były przez lata bezpiecznie zadomowione na moim ślicznym nosku... wraz ze mną odeszły na zasłużoną emeryturę...?

Młodość..! Gdzie jesteś..? Cóż... teraz można cie znaleźć jedynie na nadgryzionych zębem czasu - starych fotografiach ...

A może powrót do szkolnej ławy da złudne poczucie zatrzymania a nawet cofnięcia się galopującego czasu..??


sobota, 29 kwietnia 2017

65- kolejny dzień otwarty...

W ostatnią środę po raz kolejny wzięłam udział w dniu otwartym w sopockim II L.O... i  zebrało mi  się na wspomnienia.

 Na pierwszym moim dniu otwartym  (rok 2014) ubrana w czerń- niczym mroczny cień, snułam się  szkolnymi korytarzami, zaglądając do klas i robiąc fotki każdemu, kto mi się pod  rękę nawinął.
O dziwo- nie musiałam się oswajać z tym niecodziennym wydarzeniem, gdyż czerń jest moją barwą ochronną, za która potrafię sprytnie się ukryć.
 http://mojuniwerek.blogspot.com/2014/04/32-dzien-nieco-inny.html
 
 Po raz drugi  -na dniu otwartym 2015 r-  byłam pesymistyczną wróżbitką bajerującą młodzież sugerując się wybranymi przez nich- kartami Dixit...
 Jako ponura wiedźma  odziana w czerń czułam się świetnie gdyż czerń to moja codzienność.
 http://mojuniwerek.blogspot.com/2015/04/47-dzien-otwarty-ii-lo.html

 Mój trzeci raz (2016 r), robiłam jako  czarny power  przy "Czarnych Historiach" ... więc po raz kolejny wskoczyłam w tradycyjną czerń, dzięki której- miałam wrażenie- że byłam rozpoznawalna przez starsze roczniki uczniów.

 No i mój czwarty przypadek czyli kilka dni temu.
Tym razem zakotwiczyłam na sporą część czasu w piwnicznej izbie jako czarna rozpacz czyli osobowość świadoma sytuacji politycznej w tym kraju.
Z doborem garderoby problemów nie miałam... wystarczyło wskoczyć z stare,wysłużone szmatki.
 Ale jako typowy wiercipięta - nie udało mi się dłużej posiedzieć w jednym miejscu,  więc  poszłam do  Słowian czyli  do klasy Julii, Wery  i Mikołaja.
 Częstowali tam kaszą i  humusem, można było skosztować kwasu chlebowego... pozwolili pograć na gęślach ...
 Przy stole Julii natomiast skompromitowałam się całkowitym brakiem wiedzy o runach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz