Wracam do "Budy"...

Uniwersytet Trzeciego Wieku... Cóż to za dziwadło..??

Z jednej strony miła dla ucha nazwa uczelni, a z drugiej .. hmmm !! Czy zewsząd musi mnie bombardować informacja, że nie jestem już zgrabnym, zdrowym i ślicznym dziewczęciem z ukrytą pod ciemnymi , długimi lokami - głową pełną zwariowanych pomysłów ..? Że moje różowe okulary , które były przez lata bezpiecznie zadomowione na moim ślicznym nosku... wraz ze mną odeszły na zasłużoną emeryturę...?

Młodość..! Gdzie jesteś..? Cóż... teraz można cie znaleźć jedynie na nadgryzionych zębem czasu - starych fotografiach ...

A może powrót do szkolnej ławy da złudne poczucie zatrzymania a nawet cofnięcia się galopującego czasu..??


piątek, 30 czerwca 2017

71- Kościelnym szlakiem...

 Ostatni wtorek czerwca...Wprawdzie świt zaspany każe mi się obrócić na drugi bok... ale  budzik stawia mnie do pionu.  
Zaopatrzona w kanapki z pomidorem i aparat foto- jestem gotowa na dalszy ciąg przygody "na szlaku różnych wyznań".
  Dla przypomnienia sobie oraz tym, którym nie chce się wejść we wcześniejsze wpisy- zapodaję, że byliśmy już:
W żydowskiej synagodze,  w meczecie u arabów ale i u tatarów, w cerkwi prawosławnej...
 gościli nas również świadkowie Jehowy i buddyści...   zahaczyliśmy też o kościół ewangelicko-augsburski w Sopocie... ...
 Poza tym  nawiedzili nas  bahaici  oraz  wyznawcy  wyjątkowo smacznego (z nazwy) kościoła fruwającego spaghetti bolognese...
 Jednak  najbardziej cenię sobie czas, w którym mogłam poznać religię  Słowian czyli naszych przodków, która zwie się  rodzimowierstwo.
 (przydałoby się jeszcze odwiedzić amiszów i mormonów... ale na wiele nie liczę. )

 Na obecny  wtorek zaplanowani byli unici czyli wizyta w kościele greckokatolickim.
Obowiązuje tam obrządek bizantyjsko słowiański, który ponoć jest wyjątkowo barwny i śpiewny.
Wystrój świątyni w tonacji oranż i złoto przeplatany różnymi odcieniami czerwieni i błękitu...
 i tylko jeden witraż.
 Kapłan,  -tak na oko-  starszy ode mnie, wprowadził nas w klimat i historię kościoła a potem
(cóż za nieostrożność) zgodził się odpowiadać na nasze pytania
ale i sam  potrafił zaskoczyć mnie  jednym takim niewygodnym.
Na fotce widok na obydwa ołtarze i oddzielające je Carskie Wrota.  


W którąś lipcową niedzielę  zjawię się tam o 10-ej na porannej mszy aby wszystko dokładnie  zobaczyć i usłyszeć.
A na zakończenie- wspólna foka .
Coś mi się zdaje, że Przemek wyczuł iż  ktoś mu gmera w plecaku..



 Drugim punktem zwiedzania na ten dzień, była prawosławna cerkiew.


To moje drugie odwiedziny tym miejscu- więc nie będę się rozpisywać .
Jak ktoś ciekawy to odsyłam do pierwszej wizyty...
 https://mojuniwerek.blogspot.com/2013/10/prawosawie.html

 Wystrój  świątyni  nie zmienił się od tamtego czasu  tylko batiuszka młodszy, bardziej komunikatywny i nie tak łatwo zbić go z tropu...






wtorek, 30 maja 2017

70- Ksiądz jakich niewielu...

Mój stosunek do kościoła i jego urzędników jest z reguły- paskudny.
Ale jak każda reguła i ta ma swoje wyjątki.
Jeszcze nie tak dawno, kapłanów, których darzyłam szacunkiem było czterech, a na dzień dzisiejszy jest ich siedmiu (w tym jedna zakonnica).
 Jak na takiego zatwardziałego antyklerykała jak ja- to i tak dużo.
 Ksiądz Wojciech Lemański... kim jest i dlaczego kościół go tak nie lubi..?
Czym się "zasłużył", że teraz może go zniszczyć jeden biskupi podpis..?



 Ksiądz, który żyje zgodnie z ewangelią, szanuje swoich parafian, nie czyści im portfeli, nie boi się pracy fizycznej..?  A może właśnie to się purpuratom nie podoba, że ma ON trzeźwy osąd rzeczywistości i własne zdanie ..?
Taaak... to chyba to.
Kościołowi nie są potrzebni pracownicy myślący lecz posłuszni..!
Wojciech Lemański jak mało kto zasługuje na noszenie koloratki, gdyż nie uczynił z niej immunitetu lecz wizytówkę swojej wiary...



     Wczoraj w Sopockiej Galerii Sztuki uczestniczyłam w spotkaniu z ks. Lemańskim.
 Mówił  językiem prostym i nie wyczułam tam fałszu ani poczucia winy..  bo i za co..?
 Ale nosi w sobie ŻAL.. to można było wyczytać między wierszami jego wypowiedzi.
 Od lat wiadomo, że kościół może zniszczyć człowieka jeśli tylko ma taki kaprys...
 I to jest wyjątkowo smutne.
    

czwartek, 25 maja 2017

69- Księżowska szczerość...

 Wiele się  wokół mnie dzieje a przecież dopiero wiosna...
Wtorkowy wieczór w Sopotece  to spotkanie z wyjątkowo ciekawym człowiekiem...
 Krzysztof Charamsa -  ksiądz-urzędnik kościoła katolickiego, zdeklarowany gej, autor kilku bestsellerów odsłaniających prawdziwe oblicze instytucji kościoła.

 Pamiętam wrzesień 2000 roku, kiedy to miałam przyjemność poznać osobiście innego polskiego kapłana, którego trylogia otworzyła mi oczy na ciemną działalność kościoła w Polsce. Nawet nie otworzyła ale potwierdziła, że to co wiem o kościele- to w ogromnym wymiarze- prawda.



Napisał on wtedy, że zdaje sobie sprawę iż nadejdzie dzień, kiedy to długie ręce kościoła upomną się o byłego księdza i wymierzą mu karę.
 I tak się stało w lutym 2016r. Zarzuty szyte tak grubymi nićmi, że nawet imbecyl nie da się na to nabrać... a jednak zapadł wyrok: areszt "tymczasowy" na 3 miesiące... areszt, który trwa już przeszło rok.

Ale powrócę do  ostatniego wtorku...
Ks. Krzysztof zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie a wierzcie mi, że osób zyskujących sobie moją sympatię, zasługujących na mój uścisk dłoni - jest niewielu.
  Słuchałam go z uwagą, gdyż wiele z tego co mówił utwierdza mnie w przekonaniu, że moje osądy  K.K. nie są bezpodstawne.
 Spotkanie trwało ponad dwie godziny i każde jego słowo warte było zapamiętania.


 Ja, do jego wypowiedzi będę wracać często, dlatego jestem zła, że książka, w którą się zaopatrzyłam, nie jest szyta tylko klejona... no i swoim nieznośnym zwyczajem - poprosiłam o wspólną fotkę.


68- Przyszła kryska na Matyska...


Od kiedy pamiętam- kochałam być uczennicą.
Nawet teraz, kiedy mogłabym sobie jako człowiek wolny od obowiązków- oglądać seriale w TV, przesiadywać godzinami w kościółku czy łazić do innych babć na ploty- ja wybrałam siedzenie w szkolnej ławce.
 Jakiś tydzień temu- role się odwróciły i na prawie pół godziny wcieliłam się w rolę wykładowcy.
 Sama opracowałam temat  z okresu PRL-u a dokładniej, z czasu od wydarzeń grudniowych 1970 aż po stan wojenny.
Był to oczywiście materiał skompresowany, gdyż  nie da się opowiedzieć kilkunastu bogatych w wydarzenia lat, w ciągu pół godziny ale trudno...
 Chciałam pokazać, że "komuna" to nie piekło, że Jaruzel to nie zdrajca, że prałat to nie taki znowu sługa boży... że kartki na żywność to najlepsze na tamten czas rozwiązanie więc nie ma z czego drwić...


video





Ciekawiło mnie też, co młodzi ludzie wiedzą o tamtych czasach, czy uczą się tego w szkole- a jeśli tak- to jak się materiał nauczania  konfrontuje z moim osobistym doświadczeniem...


czwartek, 4 maja 2017

67- SMC - dzień drugi...

 Moja skromna osoba była planowana tylko na czwartek.
Piątek miał być dniem, w którym mojej ewentualnej nieobecności- nikt nie powinien zauważyć.
 Ale - nie wiadomo kto, kiedy i dlaczego zdecydował, że "Babci PlayStation" było trochę za mało... więc trzeba ją w coś jeszcze wkręcić.
 Zaproszono mnie zatem do piątkowego panelu o budowaniu społeczności w internecie.


  Nawijano głównie o działalności na  YouTubie.... a czym ja biedniutka mogłam w tym temacie zabłysnąć, skoro moim środowiskiem naturalnym jest Facebook..?

Kawa... królestwo za kawę  !
  Tej akurat nie brakowało, wiec z pełnym kubkiem i garścią  ciasteczek usiadłam  wśród zieleni.
I tam znalazła mnie  Ida...
 Pogadałyśmy sobie, jakbyśmy się znały od lat, a przecież nasza znajomość była krótka i krucha...   Nie da się zaprzeczyć, że kobiety posiadają w sobie dziwną moc, która przełamuje wiele barier.

Później poszłam podglądać inne zakamarki  GCS i natknęłam się tam na dwóch młodzieńców, którzy  zdecydowali się na kilkuminutowa ucieczkę do świata  poza realem.



  

wtorek, 2 maja 2017

66- Social Media Convent...

 Wiem, że jestem osobnikiem, który szuka dziury w całym, lubi włożyć kij w mrowisko lub palec między drzwi ale jest to o tyle bezpieczne o ile mam nad tym kontrolę.
 Kiedy natomiast ktoś mnie w coś wkręca- to czuję się niepewnie.
 I znów nie potrafiłam odmówić Przemysławowi...
 Tym razem było groźnie, gdyż w roli jaką miałam odegrać - stanęła mi na drodze całkowita nieznajomość j. angielskiego.
 Im bliżej byłam Gdańskiego Centrum Solidarności, tym większa była pewność,
że 27 kwiecień  zapisze się w moim życiorysie jako kompletna porażka. 
  No i wybiła "godzina zero" ...
Uzbrojona w  mikroport i ściągawkę- wyszłam na scenę...
Dyskretny uśmiech zastąpił mi  resztę pewności siebie,  która tam, za kulisami trzymała za mnie kciuki...
 Wiedziałam jedno: albo wypłynę albo się utopię..


    Były dwie maleńkie wpadki językowe ale widownia odebrała je raczej- jako efekt zamierzony.
Czarodziejskim zaklęciem był zwrot : "Babcia PlayStation".
Wyglądało na to, że publiczność polubiła mnie na tyle, że gotowa byłaby
wybaczyć mi kolejną wtopę, do której na szczęście- nie doszło.
  Prelegentka, którą zapowiedziałam miała teraz swoje 20 minut, Tymczasem  ja wtuliłam się w bezpieczny fotel na widowni.


   To, na co czekałam, było planowane po lunchu.
Robert Biedroń na scenę miał wejść po 15-ej ...  Na tego gościa czekałabym nawet do dwudziestej.
Jest dla mnie jedną z nielicznych osób publicznych, do których żywię szacunek.
 Za nic nie  chciałam przegapić możliwości zrobienia wspólnej fotki...
 Przemysław też sobie na to ostrzył pazurki ... tylko jak i w którym momencie..?...
Pan Robert  zaproponował selfie we troje z widownią.
Obaj się do tego przyłożyli, ale fotka  Przemka nie wypaliła..(gdzież on kupował swojego smartfona- w ciucholandzie..?)
Na szczęście, SMC miało na podorędziu - fachowca od zdjęć.



sobota, 29 kwietnia 2017

65- kolejny dzień otwarty...

W ostatnią środę po raz kolejny wzięłam udział w dniu otwartym w sopockim II L.O... i  zebrało mi  się na wspomnienia.

 Na pierwszym moim dniu otwartym  (rok 2014) ubrana w czerń- niczym mroczny cień, snułam się  szkolnymi korytarzami, zaglądając do klas i robiąc fotki każdemu, kto mi się pod  rękę nawinął.
O dziwo- nie musiałam się oswajać z tym niecodziennym wydarzeniem, gdyż czerń jest moją barwą ochronną, za która potrafię sprytnie się ukryć.
 http://mojuniwerek.blogspot.com/2014/04/32-dzien-nieco-inny.html
 
 Po raz drugi  -na dniu otwartym 2015 r-  byłam pesymistyczną wróżbitką bajerującą młodzież sugerując się wybranymi przez nich- kartami Dixit...
 Jako ponura wiedźma  odziana w czerń czułam się świetnie gdyż czerń to moja codzienność.
 http://mojuniwerek.blogspot.com/2015/04/47-dzien-otwarty-ii-lo.html

 Mój trzeci raz (2016 r), robiłam jako  czarny power  przy "Czarnych Historiach" ... więc po raz kolejny wskoczyłam w tradycyjną czerń, dzięki której- miałam wrażenie- że byłam rozpoznawalna przez starsze roczniki uczniów.

 No i mój czwarty przypadek czyli kilka dni temu.
Tym razem zakotwiczyłam na sporą część czasu w piwnicznej izbie jako czarna rozpacz czyli osobowość świadoma sytuacji politycznej w tym kraju.
Z doborem garderoby problemów nie miałam... wystarczyło wskoczyć z stare,wysłużone szmatki.
 Ale jako typowy wiercipięta - nie udało mi się dłużej posiedzieć w jednym miejscu,  więc  poszłam do  Słowian czyli  do klasy Julii, Wery  i Mikołaja.
 Częstowali tam kaszą i  humusem, można było skosztować kwasu chlebowego... pozwolili pograć na gęślach ...
 Przy stole Julii natomiast skompromitowałam się całkowitym brakiem wiedzy o runach.


piątek, 10 marca 2017

64- Dzien Kobiet w TOPOS cafe...

Ósmy marzec to  mój "Prywatny Pierwszy Dzień Wiosny".
  Tym razem nie spędziłam go -tak jak mam w zwyczaju- na samotnym spacerze, zamoczeniu dłoni w Bałtyku i zakupem pierwszych ciętych kwiatów...
   W tym roku  wiosna przyszła do mnie sama... Usiadła cicho w kącie  kafejki i wraz z nieliczną widownią wsłuchała się w opowieści Joanny i w moje wiersze..
   W tym roku moja wiosna zmieniła szatę z zieleni na czerń... bo wiosna to przecież ONA,  a tego dnia większość kobiet - tak jak mogła- wyrażała swój sprzeciw przeciwko przemocy i durnym sadystycznym ustawom, które mają nas zepchnąć do roli istot uległych.


  Piekło kobiet, które funduje obecna władza - spycha nasz kraj poza margines cywilizacji...
    O siebie się nie boję.... tylko Ojczyzny mi żal i córki i wnuczek...
Mam wielki szacunek dla tych, które nie bacząc na chłód i inne przeciwności, ramię przy ramieniu weszły w zaklęte kręgi i pokazały, że są razem, że mają odwagę i że- jeśli zajdzie taka potrzeba- skoczą do gardła  swoim przeciwnikom...


   

   

czwartek, 22 grudnia 2016

63- Opłatkowe spotkanie w Zakonie...

  Nadszedł czas Szczodrych Godów czyli strojenia drzewek, sianka pod obrusem, czekania  przy zastawionym stole na dodatkowego gościa, kolędowania... dobrych życzeń i przebaczeń.
  Nasz Zakon nie wpasował się w narzucony przez kalendarz termin, bo już dziś w samo południe- spotkaliśmy się w piwnicznej izbie II L.O. aby podzielić się nieobecnym opłatkiem.


    Czcigodne matrony rozsiadły się na wyściełanych krzesłach a młódź- na  podłodze, podtykając sobie pod siedzenia jakieś kocyki czy inne tekstylia.
    Gdy już (zgodnie ze świąteczną tradycją) nasz wykładowca zrzucił obuwie- zjawił się gość dziwny i nieoczekiwany.
   Tajemniczy Władzio wparował do sali krokiem pewnym i z takim grymasem na twarzy, że najbezpieczniej dla nas było słuchać i milczeć.

   Władysław Wilczek, producent wysokiej jakości różdżek o niezwykłych właściwościach, przytaszczył ze sobą wielką walizę z tym towarem... (dokładnie pięć sztuk).
   Każda miała certyfikat na jakość, niezawodność i dopasowanie do klienta.


   Byłam jedną z osób obdarowanych...
Jakieś pół wieku temu  też znajdowałam pod choinką rózgę jednakże intencje daru były inne.
 Gdyby pan Władzio oprócz strugania różdżek zajmował się produkcją osinowych kołków byłabym chętna sponsorować ten jego mały biznes a nawet wejść z nim w kooperację.
    Owinęłam swoją grabową różdżkę tasiemką chroniącą przed działaniem uroków i klątw różnych kikimor, południc czy utopców... a że nie wiadomo, kiedy coś będzie potrzebne  to z braku pod ręką srebrnych naboi czy kołków- i różdżka się przyda.
   A pod koniec spotkania  zapodano nam na Youtube - kreatywne życzenia świąteczne  w wykonaniu naszych dziewczyn...


   

niedziela, 11 grudnia 2016

62- Czarne Stopy...


   W ostatnią środę (7. XII), w auli naszego UTW, na dwie godziny weszłam w świat, o którym większość ludzi jedynie czytała w książkach  Karola Maya.
    Bartosz Stranz z plemienia  Czarne Stopy z Montany, przedstawił nam się w języku swojego plemienia i pozdrowił modlitwą, która wraz z dymem tlącej się topoli  wytworzyła w auli niezwykły klimat.

Wystarczyło przymknąć na chwilę oczy a miało się wrażenie  że  gdzieś za oknami pędzi stado bizonów... że za chwilę wsiądę na łaciatego konia i  gnana wiatrem wyruszę odkrywać nieznane  miejsca gdzieś poza granicą wyobraźni...
     Przywiózł ze sobą mnóstwo ciekawych przedmiotów związanych z kulturą Indian...
Wyszywane koralikami sakwy czy ramki do zdjęć  zachwycały kolorytem i  precyzją wykonania.
 A było tego o wiele więcej...


 Jego opowieściom towarzyszył pokaz slajdów ukazujący kulturę, zwyczaje i obrzędy rodowitych mieszkańców Ameryki, zepchniętych przez najeźdźców (czyt. nas-białych) - do rezerwatów.
  Chętnie i cierpliwie odpowiadał na pytania a ja chwytałam chciwie każde jego słowo.
 Tylko  głupio się czułam przyciśnięta garbem wstydu za nieobecnych.
    Zrobiłam kilka zdjęć i ośmieliłam się nawet poprosić o fotkę we dwoje obok wygarbowanej i ozdobionej przez niezwykłego gościa- jeleniej  skóry...



Nie tylko wspólną fotką zostałam obdarowana ale też kawałkiem -wykonanego z obsydianu- grotu z indiańskiej strzały, który jest bardzo stary... od setek lat bowiem, Indianie do polowań - używają strzelb.
  Postanowiłam, że będzie on moim talizmanem. Czy w mojej mocy jest go tym uczynić?
Cóż- jeśli tak postanowię- to tak właśnie się stanie.


Dopiero po zamknięciu sali dotarło do mnie, że wraca teraźniejszość, że jestem głodna i chce mi się siku. W trakcie spotkania byłam w zupełnie innym świecie... 
Nie zdążyłam nawet podziękować Mikołajowi J.



Filmik a właściwie jego pierwsze 5 minut to rytm magiczny, dodający energii a jednocześnie działający jak mantra... Może nie działa to w ten sposób na każdego ale ja mam duszę wrażliwą i otwartą na niezwykłe doznania...




61- Ten dzień


 To był spokojny i w miarę ciepły dzień.  Trzeciego grudnia, w sopockiej, wypełnionej magicznym brązem i odcieniami starego złota kafejce wraz z koleżanką po piórze- zaprosiliśmy gości do wspólnej podróży po zakątkach naszych emocji i wyobrażeń, zamkniętych  w nie zawsze posłusznych słowach.


Nostalgia- tęsknota za ojczyzną...  Ale za jaką ?
    Bo przecież nie wszyscy są tego świadomi, że ojczyzna to nie tylko miejsce na mapie...
to przede wszystkim- miejsce w nas samych, w naszych umysłach, w sercach...
   To tam nosimy drugą, inną ojczyznę... tę, którą sami przez lata budowaliśmy na zrębach wspomnień, tęsknot, zachwytów i łez.
   Moja ojczyzna posiada nawet własne barwy i zapachy...
Piszę o tym w jednym ze swoich (wzgardzonych) utworów.
Oto urywek z wiersza "Słowa nasze Powszednie"


..... Były inne - szlachetne i kruche...
delikatne jak stara koronka
do babcinej przyszyta serwety
lub jak pieśń nad kołyską- matczyna.
I pachniały te słowa ojczyzną,
-tą błękitną, zieloną i złotą....
wielką pajdą wiejskiego chleba
i kwitnącym bzem przy parkanie....





60- Człowiek człowiekowi człowiekiem...



Jest 29 listopad... Ściśnięci niczym sardynki w puszce -zwłaszcza my na tylnym siedzeniu- jedziemy na spotkanie z wyjątkową zakonnicą, do Centrum Solidarności w Gdańsku.
   Tematyka TABU... przynajmniej w moim kraju.
Osoby LGBT w Polsce są zepchnięte poza margines społeczeństwa... nie istnieją, nie ujawniają się... i wcale im się nie dziwię.
 W mojej ojczyźnie można dostać po pysku za nieodpowiedni kolor włosów czy długość spódniczki... a za nieodpowiednie słowo czy odmienny światopogląd- można zostać zglanowanym, więc co czeka nieostrożnego geja za to, że się ujawni- aż boję się myśleć.



 To, że mądra zakonnica (Jeannine Gramick) działa na rzecz takich osób - jakoś mnie nie dziwi, jednak to, że wpuszczono ją do Polski-  jak najbardziej.
 Bo co obchodzą  biskupów słowa jakiejś tam kobity:
"Jezus wychodził do tych, którymi społeczeństwo gardziło. Ja staram się robić to samo. Zapominamy o tym, że:
"...posłuszeństwo władzy nie jest najwyższą cnotą, najwyższą cnotą jest miłość".
  Aha..! Był tam jeszcze ksiądz, ale charyzmę zostawił gdzieś na zewnątrz.
         Podobno wielu go lubi, niektórzy nawet szanują, ale co z tego... Nie dorównał on mądrością swojej współ-prelegentce, zamiast odpowiadać na zadawane pytania- nawijał mętnie i wykręcał się niczym piskorz w soli.
  Dla mądrej, zbuntowanej i wytrwałej w tym co robi zakonnicy- WIELKI SZACUNEK ... a  księdzu - moje milczenie.